Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty

sobota, 17 września 2016

Jolanta Zarębska (Zola111) - Szeptucha poezji



         Jolanta Zarębska, znana na Portalu Pisarskim jako Zola111, jest tego miejsca wielką – nie tylko poetycką – Osobowością. Pisze wspaniałe recenzje i komentarze, służy innym radą dotyczącą twórczości, ma dla wszystkich mnóstwo ciepła i serdeczności. Przede wszystkim jednak od siedmiu co najmniej lat daje się poznać jako niezwykle utalentowana poetka, i właśnie jej twórczości lirycznej chcę poświęcić ten miniesej.
         Jolanta Zarębska wydała w 2012 roku tom wierszy „Śpiewam i milczę”, który sam w sobie wart jest osobnego omówienia. Tu chciałabym się jednak skupić na wybranych (pochodzących zarówno ze wspomnianego zbioru, jak i spośród tekstów lirycznych publikowanych w internecie) utworach, które najbardziej mnie zafascynowały: oscylujących wokół szeroko rozumianych doświadczeń granicznych.
         Pierwszym tomikowym wierszem przynoszącym dotknięcie tamtej strony jest rymowa Dama. Już pierwsza strofa urzeka oryginalnością poetyckiej wizji:

szykuję się na tamten brzeg,
tak, żeby mnie nie zaskoczyła,
ta, co za nami szyła ścieg,
a była przedtem, zawsze, była.1

Jak widać, tytułowa personifikacja śmierci stanowi połączenie postaci trzech greckich Mojr czy też rzymskich Parek: przędącej Kloto, czuwającej nad długością nici Lachesis i przecinającej tę nić nożycami Atropos. Jak pisał Martine Courtois w eseju „Pani śmierć”, „imię Atropos, które dziś jest nazwą ćmy nocnej zwanej także t r u p i ą c z a s z k ą, w naszej literaturze desygnowało śmierć”.2 Jednakże, z opisu szyjącej za nami ścieg, wyłania się u Jolanty Zarębskiej także obraz ludzi jako przeciwnych (rozerwanych?) „pół jednego ubrania”, które dopiero tytułowa Dama zespala ze sobą. Wizja iście kojąca, a przecież – przyprawiająca o ciarki. Aby zrozumieć, jak na poziomie mitologicznym doszło do tego „rozerwania”, można by przywołać fragment wiersza Joanny Mueller, w którym, mówiąc o „zabłąkaniu [ludzi] w przeciwległe bieguny semantyczne”, przedstawia własną wersję Genesis:

„(...)
A staliśmy się przecież pionkami bogów.

Rozdzielono nas
drgnięciem twojej dłoni,
gdy sięgając po dłuto,
chwyciłeś glinę.

Dlatego nie ranieniem kamienia
mnie stwarzałeś,
lecz palców muskaniem.

Przez co jest człowiek –
pytasz.
– Przez to, że cierpi.

Teraz rozumiesz...?” 3

By lepiej skonceptualizować sobie pointę Damy, warto z kolei sięgnąć do początku eseju Michela Vovelle „Historia ludzi w zwierciadle śmierci”:

„Historia śmierci jest może dlatego właśnie tak fascynująca – chodzi o to, by sytuację odwrócić i czytać tę wymianę spojrzeń na wspak; wychodząc od śmierci i od stosunku ludzkości do śmierci, odnaleźć człowieka, uchwycić jego reakcję na owo przejście, które nie toleruje żadnej próby oszukania go”.

tłumaczącego dobrze zarówno końcowy zwrot w sytuacji peelki, jak i – podany nie bez ironii – cały humanizm klęski projektu oswojenia Nieuniknionego:

dziś miałam ją w tych samych rękach,
które pędziły za spełnionym.

lecz szyba niefortunnie pękła.
i znowu jestem nie z tej strony.

         Nie bez przyczyny rozpoczęłam pracę od omówienia utworu nastrajającego tak transgresyjnie 4. Jolanta Zarębska jest bowiem – by posłużyć się tytułem jej własnego wiersza – liryczną Szeptuchą, bez problemu przekraczającą granice (za)światów. Szeptuchami nazywa się na Podlasiu starsze kobiety, które leczą chorych za pomocą szeptania, łącząc w ten sposób tradycję prawosławnej modlitwy z pamięcią pogańskich wiedźm – „tych, które mają wiedzę”. Jolanta Zarębska także leczy – niekiedy z nadmiernej pewności siebie, jak w utworze Dumna, zaczynającym się od słów:

a ja wiedziałam, że on nie wyprowadzi cię z Hadesu.
ważne, jak się wyprawiał!
wyprowiantowany przez matkę i sąsiadki,
słyszał:
jaki dzielny! jak umie kochać!
jakie pieśni o tęsknocie śpiewa,
żeby przebłagać fatum!
jaki jest piękny w nieszczęściu!
ile ryzykuje! może przecież nie wrócić!

Jak widać, peelka zwraca się do mitycznej Eurydyki. „Zagubienie” tej ostatniej po drodze przez Orfeusza okazuje się lustrzanie symetrycznym odbiciem jego pogrążenia się w miłości własnej:

i poszłaś.

za nim.
zanim wywiódł cię z mroku,
upuścił z rąk kitarę.
schylił się, by odzyskać
ukochany
instrument.
wtedy zobaczył ciebie,
zupełnie przez przypadek.
i zadrżała trwoga
nie tylko w Hadesie,
a ty zobaczyłaś w lustrze
siebie i jego.
(lustro ustawiono tam przez przypadek).

i zawróciłaś.

         Zniknięcie Eurydyki odzwierciedla jeszcze inne odwrócenie. W eseju „Narodziny przez śmierć” Regis Debray pisze: „Zwróćmy się zatem w stronę Greków i ich słonecznej kultury, do tego stopnia rozkochanej w życiu i patrzeniu, że jedno mieszało się z drugim: dla starożytnego Greka żyć to nie, jak dla nas, oddychać, lecz patrzeć, a umrzeć – to stracić wzrok. My mówimy >>ostatnie tchnienie<<, oni: >>ostatnie spojrzenie<<. Oślepić wroga to gorzej niż go wykastrować”. U Jolanty Zarębskiej jest dokładnie przeciwnie: zobaczyć znaczy utracić życie; spojrzenie w lustro powoduje wszak powrót Eurydyki do królestwa umarłych.
         O związkach obrazu ze śmiercią pisze dalej – na poły aporetycznie – Debray: „Ceramicy ateńscy przedstawiali niekiedy narodziny obrazu w postaci miniaturowego wojownika, wydobywającego się z grobu żołnierza, który zginął w boju, to znaczy najpiękniejszą śmiercią. Obraz świadczyłby więc tutaj o triumfie życia nad śmiercią, odniesionym dzięki śmierci. (…) Znak pochodzi od sema, kamień nagrobny. U Homera sema cheein to wznosić grobowiec. Znak, po którym rozpoznajemy grób, poprzedza i wprowadza znak podobieństwa”. Ta derywacja obrazu czy – szerzej – sztuki „od grobów, a potem (po jej wygaśnięciu) – od ponownego pobudzenia do życia przez śmierć”, stwarza ryzyko prób zawłaszczenia przez innych naszych obrazów w celu uzyskania symbolicznej władzy nad śmiercią, wywołania „transferu dusz”. To właśnie, jak się wydaje, casus Orfeusza z Dumnej, czy zdradliwego kochanka, przed którym tytułowa znachorka ostrzega w Szeptusze:

wywlecze z ciebie duszę,

rozrzuci po miastach, wsiach, skopiuje i wklei
we własne bezurodzaje.
albo wytrze gębę, zakurzone lustro.

porzuci jak kukułcze jaje, byle dalej
od sumienia.

         W eseju „Tworzenie tanatologii” Louis-Vincent Thomas pisze o dokonanym przez Michela Fromageta antropologicznym rozróżnieniu „trzech ukształtowanych historycznie sposobów” postrzegania śmierci: śmierci macierzyńskiej, śmierci jako agresji oraz śmierci jako sankcji. Pierwszy z nich – śmierć macierzyńska – wiąże się z „powrotem do Ziemi-Matki, z perspektywą odrodzenia się w łonie kobiety należącej do tego samego rodu” i wynikłymi stąd „strachem, rozstaniem, ale także ufnością, spokojem wewnętrznym”. Temu sposobowi przeżywania ludzkiego umierania w myśli psychoanalitycznej odpowiada instynktowne id. W kontekście kolejnego niezwykłego, reprezentującego ten typ podejścia do śmierci, utworu Jolanty Zarębskiej pt. Cieśnina, który przytoczę w całości:

za tą ścianą jest wolność.
prawdziwa wiara i moc.
musisz jedynie przejść przez oko sieci.

- kiedy pierwszym razem przeciskałeś się przez wilgne ciepło,
instynktownie zmierzałeś do światła. tajemna siła parła
do dziedziny sukcesu, choć miało tam być sucho
i znacznie zimniej. Bolało.

- drugi raz nakazał zmierzyć się z lepkością
urodzinowego tortu. jak nie przetknąć palca
przez koronkę bitej śmietaną słodkiego sekretu?
Musiałeś.

- kolejne przetkwienie znaczył wstyd i zdobycie bastionu
obopólnej zgody, pokonanej jak mur, czemu głowa
nie poradzi.

- dziś przebijasz się przez kruchą tkankę
na drugą stronę. nogami do przodu. ledwo pamiętasz
rozkaz: w stronę światła, durniu, w stronę
światła!

istotna wydaje się przede wszystkim psychoanalityczna interpretacja NDE („near death experience”, czyli doświadczenia bliskiego śmierci), zgodnie z którą:

„Ciemny tunel to odbicie fantazmatu opuszczenia (śmierć jest początkiem podróży), ale symbolizuje również przebycie dróg rodnych kobiety przez noworodka; defilada wspomnień to odtworzenie życia przed jego utraceniem; (…); wejście w krąg światła odpowiada odczuciu oceanicznemu, o którym mówi Freud”.

W ten sposób wizja poetki okazuje się dużo bliższa psychologii umierania niż np. – stanowiący do pewnego stopnia jej negatyw – obraz zawarty w wierszu „Wieczór zanim zapadnie” Joanny Kulmowej:

„Tak uczyni się szpara w materialnych przestrzeniach
żeby wieczór
żeby anioł
przeszedł”.5

         Opisane psychoanalityczne konotacje nie kłócą się w poezji Jolanty Zarębskiej ze snuciem rozmaitych – wywodzących się z różnych tradycji religijnych – wizji eschatologicznych. Jeden z wariantów pośmiertnego losu człowieka (a co najmniej: jego duchowego „pierwiastka”) przedstawia wiersz pt. Natalia. W stanowiącym fragment „imiennego” cyklu, inspirowanym etymologicznym znaczeniem imienia utworze poetka ukazuje bohaterkę podporządkowującą sobie wszystkie żywioły. Przypomnijmy, że koncepcja, zgodnie z którą świat – zarówno widzialny, jak i niewidzialny – składa się z czterech żywiołów: powietrza, wody, ognia i ziemi, przynależy m. in. filozofii buddyjskiej. Tytułowa Natalia:

nie zlęknie się wichury. (…)

każdą powódź zatrzyma pryzmami piasku z klepsydry. (…);

poradzi sobie z ogniem (…)
kontroluje uniesienia.;

błoto, rzucane mimochodem w twarz, nałoży jednym godnym spojrzeniem. (…)
wykorzysta jak maseczkę kosmetyczną”.

Jak widać, bohaterka jest z żywiołami za pan brat i na ich wzajemnym uzupełnianiu buduje swoją wiedzę o świecie i tworzy własne sposoby na przetrwanie. Istnieje wszakże coś, co może tę egzystencję złamać:

pokona ją dopiero sceptycyzm, brak wiary, że wszystko można zmienić.
cofnąć słowa, rzucone pod wiatr, wyznania, jak lanie wody,
płonące zapewnienia, pieniądze, wyrzucone w błoto.

To „piąty żywioł”, domena zwątpienia i zaprzeczenia, okaże się dla Natalii zabójczy. Jednakże, wzmagająca jeszcze niesamowitość takiego scenariusza pointa:

poznasz ją po znamieniu. zrezygnowała z przyjścia na świat.

świadczy o podwójnej roli sceptycyzmu: jako czynnika unicestwiającego i jako klucza, który otwiera przed bohaterką inne (także dlatego, że odmienne od zakorzenionych w Europie wierzeń eschatologicznych, a bliskie buddyjskiej wierze w reinkarnację i bardo6) światy.
         Poezja Jolanty Zarębskiej to wreszcie miejsce najbardziej niezwykłe, bo spotkania – w wielu przypadkach autobiograficznie skonstruowanej – peelki z... duchami Zmarłych Bliskich. Niezależnie od tego, czy dochodzi doń w specjalnych obrzędach a la pogańskie Dziady (zasiadam do stołu z duchami przodków w utworze Kto jada samotnie, samotnie umiera), czy – przy okazji różnych zdarzeń z życia codziennego (a babcia Hania patrzy na mnie z nieba / grozi palcem, przymruża czarne oczy w wierszu Durnowata), więź ta okazuje się fenomenem niezwykle cennym i głęboko poruszającym, przy tym wszystkim zaś – zaskakująco naturalnym.
         Rzec można, że poetka najpełniej – bo własnym życiopisaniem – zaświadcza sens najwyższej możliwej afirmacji istoty ludzkiej, którą Krystyna Miłobędzka ujęła w zwięzłym zdaniu: „kocham cię razem z twoją śmiercią”.7


______________________________________________________________

1 cytaty kursywą pochodzą z twórczości Jolanty Zarębskiej;
2 cytaty w cudzysłowach, o ile nie zaznaczono inaczej, pochodzą z esejów zamieszczonych w książce „Wymiary śmierci”, wydawnictwo słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2002;
3 fragment wiersza Joanny Mueller o incipicie * (– Przez co jest człowiek? – pytam...), zamieszczonego w dwutygodniku edukacyjnym „Cogito” pod koniec lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku;
4 „Twórcą koncepcji transgresyjnej jest J. Kozielecki, który określa transgresję jako >>zjawisko polegające na tym, że człowiek intencjonalnie wychodzi poza to czym jest i co posiada<<”. (cyt. za: http://www.szkolnictwo.pl/index.php?id=PU9722 ). „W ramach psychotransgresjonizmu [Kozielecki] formułuje koncepcje człowieka transgresyjnego, czyli człowieka wielowymiarowego, który posiada zdolność przekraczania granic materialnych, społecznych i symbolicznych”. (cyt. za: https://pl.wikipedia.org/wiki/Transgresja_(psychologia) ).
5 fragment wiersza Joanny Kulmowej „Wieczór zanim zapadnie”, cyt. za: Agnieszak Czyżak, „Kiedy zrzucę spękaną chitynę. Poezja przeciw materii” [w:] „Cielesność w polskiej poezji najnowszej”, Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego, Łódź 2010;
6 „bardo – w dosłownym tłumaczeniu: >>stan pośredni<< (…); najczęściej używa się w odniesieniu do stanu pośredniego między śmiercią a kolejnymi narodzinami” (cyt. za: Dorota Bachmann, „Szum” – słowniczek);
7 Krystyna Miłobędzka, wiersz z tomu „Po krzyku”.




środa, 10 grudnia 2014

Dariusz Kosmalski (Wiolin) – Marzyciel Słów



         Przychodzę do wierszy Dariusza Kosmalskiego jako po trosze profanka. Przychodzę, by po zabieganym, pełnym konkretów i zdecydowanie „odmagicznionym” dniu, wspólnie z autorem zastanawiać się, jak jawę wystrychnąć na dudka. Zaczynam śledzić „ptasią” frazeologię, z przejęciem odnotowuję rude ząbkowanie rydzów, wezbrane na łąkach motyle, jaskółkę na dobranoc, zastanawiam się, dlaczego nie słychać śpiewu kwiatów, a drzewa boją się umierać. I już wiem, że mam do czynienia z Marzycielem Słów* – kimś, kto, zgodnie ze słowami Gastona Bachelarda, „dosięga człowieka nowym słowem, słowem, które nie ogranicza się do wyrażania idei lub wrażeń, ale które usiłuje zapewnić sobie przyszłość. (…) Obraz poetycki, w swej nowości, otwiera przyszłość języka”. To dlatego, czytając teksty Kosmalskiego, ma się poczucie obcowania z żywą mitologią (w przeciwieństwie do „mitologii wykrwawionej”, jak F. W. Schelling** nazywa całość będącego w użyciu systemu językowego).

         Jak na mitologię przystało, twórczość Wiolina również ma swoją Arkadię: wiejskie, sielskie (chociaż nie do końca) dzieciństwo autora, do którego można wrócić z pajdą nieba w garści, a także – mityczny czas teraźniejszy, nieraz ulotny i jakby „zdawkowy” (pory roku przechadzają się jak turystki), kiedy indziej pędzący (czas goni / nie ma dokąd uciekać) lub wlekący się w nieskończoność (zegar z moich snów od dawna nie chodzi / pewnie zbiera na buty). A przecież poeta wie, że tylko chwilą szczęścia zdoła świt przymierzyć – to ona, moment „spełnionej tęsknoty”, potrafi sprawić, że na zegarze dochodzi lato. Jednymi z najpiękniejszych liryków Wiolina są właśnie erotyki i/lub wiersze miłosne, jak np.:


bezbrzeżnie

umiesz we mnie wpłynąć
czekam tylko kiedy się
rozrzecznisz
rozmorzysz
zoceanisz

chcę być twoim źródłem


         Powyższy cytat dobrze obrazuje co najmniej dwa wymiary oryginalności dzieła poety: niezwykłe, wieloznaczne słowotwórstwo (rozmorzyć pochodzi od „morza”, ale czyż nie jest jednocześnie, konotującym [od]zyskanie przytomności, przeciwieństwem „zmożenia”?) i urzekający, wymowny liryzm. Inną cechą twórczości Dariusza Kosmalskiego jest nieprzegadanie i ujmująca prostota; powiedziałabym nawet – „ujmująca niedoskonałość”. Jakby poeta chciał nam powiedzieć, że nie boi się słabości, uciekania z dni w niedotwarzy, wie bowiem, że moment zwątpienia potrwa tylko nim czas odnajdzie stały ląd i chwila na powrót stanie się jedną z tych całowiecznych.

         Za inny ważny wyznacznik wierszy Kosmalskiego można uznać częste stosowanie metonimii, w szczególności „narzędzia lub wykonawcy czynności zamiast czynności” (np. dłoniom nie było końca; zmów mnie o ciszy). Środek ten pomaga ukonkretnić i zarazem uczłowieczyć wymowę utworów. Cytaty powyżej ukazują też jeszcze inny aspekt twórczości Wiolina – wymiar religijny. Rzuca się w oczy wytrwałe poszukiwanie przez podmiot liryczny duchowości. Dążność ta wyrasta nie z dogmatyzmu (bliższe pe-elowi jest agnostyczne przekonanie, iż nikt nie odgadnie jaki Bóg istnieje), a z przekonania, że jesteśmy


biedniejsi o każdą ciszę
spędzoną przy stole


dlatego warto


szukać światła
choćby jego blizny


         Tym, którzy nie zetknęli się jeszcze z poezją Dariusza Kosmalskiego, gorąco polecam jego wiersze, przede wszystkim – wspaniały tomik „bez reszty” autora świerszczom układającego muzykę








________________________________________________________________________________

* Gaston Bachelard, „Poetyka marzenia”;
** F. W. Schelling, „Wprowadzenie do filozofii mitologii”



wtorek, 2 grudnia 2014

Chaos i inne piętra Kai Kowalewskiej


      „Chaos i inne piętra” to debiutancki tomik wierszy Kai Kowalewskiej – z wykształcenia filologa polskiego i psychologa, wykonującej zawód recenzenta filmowego i dziennikarza internetowego. Okładka zbioru, ukazująca klimatyczne wnętrze klatki schodowej w starej kamienicy, emanując przytulnością i tajemniczością, zachęca do zagłębienia się w jej świat.

      Kluczowym dla zrozumienia „Chaosu...” wydaje się pojęcie przestrzeni: świat przedstawiony sytuuje się na przecięciu tej zewnętrznej – od-/zwiedzanej, urządzanej, oswajanej – z przestrzenią językowych odwzorowań, przekształceń i eksperymentów. Wiersze pomieszczono w rozdziałach zatytułowanych kolejno: „Parter”, „1...”, „2...” i „3 Piętro” oraz „Dach”. Kaja Kowalewska nie byłaby sobą – autorką z solidnym filologicznym zapleczem – gdyby budowy własnego domu nie zaczęła za Staffem od „dymu z komina”, rozumianego tu jako symbol międzyludzkich więzi i ciepła. Gdy w pierwszym tekście poetka oświadcza:

Popełniam kolejną zbrodnię –
czekam na Ciebie.

wyziera spomiędzy tych wersów bezbrzeżna tęsknota za bliskością i zarazem – świadomość jej niedopuszczalności, wręcz – niedorzeczności w dzisiejszym świecie, w którym wciąż, jak w wierszu „My z drugiej połowy dwudziestego wieku” pisała Małgorzata Hillar:

„dopiero późną nocą
przy szczelnie zasłoniętych oknach
gryziemy z bólu ręce
umieramy z miłości”.

      Jednakże, chociaż teksty Kai Kowalewskiej przenika przejmujący wołacz tęsknoty, błędem byłoby odczytywanie ich jako li tylko wariacji o miłości”. Jest to bowiem zarazem świat pełen niezwykłych paradoksów, obdarzony oryginalną ontologią; uniwersum zogniskowane wokół przestrzeni, w której również czas zostaje – niejako wtórnie – zmaterializowany (znowu biorę // czas / żelazo / tabletki na gorączkę), braki można z siebie zdjąć, a przed spotkaniem z drugim człowiekiem konieczne okazuje się zakładanie kaftana niebezpieczeństwa. „Chaos...” jawi się jako miejsce „na opak”, gdzie wszelako występują wszystkie zdobycze i bolączki naszej cywilizacji. Mamy więc relacje podtrzymywane za pomocą mejli i tęsknotę do pliku kości; kojarzącą się z filmem Kieślowskiego odmianę przez przypadki; metaforę życia jako siłowni nie dającej peelce spokoju nawet we śnie; absurdalne, anoreksjotwórcze wymagania, jakie nasza kultura stawia przed kobietami (wyczyścić, poukładać, pozbierać, odessać); życie zorganizowane i zaplanowane do tego stopnia, że brak w nim miejsca nawet na brak; czy – last but not least – poruszające rowerowe migawki: on nie jest że-brakiem.

      Gdzieś w tym wszystkim, w turpistycznych niejednokrotnie „okolicznościach cywilizacji” (głoski z betonu, zardzewiałe podwórka, wysypiska zabawek), pojawiają się również refleksje o sztuce. Stwierdzenia w rodzaju: Będziesz jak dramat science fiction / produkcji niezniszczalnej, ukazują konieczność stworzenia nowej – poszerzonej o „aspekt cyborgiczny” – antropologii kultury, podczas gdy deklaracje takie, jak: Włóż mi język do kieszeni, wskazują na seksualne i zmysłowe uwarunkowania / źródła twórczości. I właśnie kombinacja tych dwóch wymiarów – technologicznego i sensualnego – sprawia, że, uchwycona w jednym z pierwszych wierszy pt. „nagie płótno”, niemożność artystycznego wyrazu:

Dziś tak bardzo chcę Cię pocałować,
że gryzę się we własny oddech

w ostatnim z tekstów pomieszczonych na „Dachu” przekształca się w wyzwalającą, ponowoczesną „instalację”:

kable niepokoju wyrywam z nagiego płótna






______________________________________________________________________

Cytaty kursywą pochodzą z tomu „Chaos i inne piętra”.


Kaja Kowalewska "Chaos i inne piętra", wyd. Sowello, Rzeszów 2014

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/239267/chaos-i-inne-pietra


środa, 18 czerwca 2014

Życia nie ma gdzie indziej




Tytuł tego, pomyślanego jako polemika z przesłaniem powieści Kundery*, minieseju, wymaga, być może, krótkiego wyjaśnienia: skąd wiem? Istnieją przecież inne planety, gwiazdy, galaktyki... Tak – a jednak, jak śpiewa Bono:

there's nobody else here, baby,
no-one for you to blame,
no-one to point their fingers,
it's just you and me and the rain.
nobody made you do it,
no-one put words in your mouth.**

Spotkanie z samym sobą może okazać się dla nas tym boleśniejsze, im bardziej wiemy już, że „Piekło to inni” – i im bardziej, w związku z tym, musimy czuć się Bogami. A któryż to Bóg powstrzyma się od wyładowania gniewu, choćby i na sobie, gdy pod ręką zabraknie ludzkości?
Na razie jednak ludzkość istnieje i w dwóch różnych okolicznościach powstają dwie różne książki. Ze znudzonego przesytu wzniosłą poezją Kundera tworzy powieść obnażającą prawdziwe – a więc, jego zdaniem, niskie – instynkty leżące u źródeł lirycznych inspiracji. Inny wschodni Europejczyk – Węgier żydowskiego pochodzenia, Imre Kertesz – pisze autobiograficzną relację z pobytu w obozie koncentracyjnym***, w której zakończeniu określa ten czas jako „krystalicznie czysty Auschwitz swojego dzieciństwa”. Obie niepojęte. A jednak coś pozwala mi zrozumieć. To, że nie jest sztuką napisać rzecz o jałowości sztuki, pod którą czai się banalność życia. Sztuką jest pokazanie siły człowieka, który mówi: „krystalicznie czysty Auschwitz mojego dzieciństwa”, pamiętając jednocześnie, że życie było właśnie tam.









* Milan Kundera „Życie jest gdzie indziej” (1973);

** „nikogo więcej tu nie ma, kochanie / nikogo, kogo mogłabyś oskarżyć / nikogo, kto wzniesie oskarżycielski palec / tylko ty i ja, i deszcz. / nikt nie kazał ci tego robić / nikt nie włożył słów w twoje usta” – U2 „If God Will Send His Angels”;

*** Imre Kertesz „Los utracony” (1975).


 

sobota, 15 marca 2014

Poezja Ewy Filipczuk




Zebrana w prawie 10 tomach poezja łodzianki Ewy Filipczuk jest niezwykle nastrojowa i erudycyjna. Na pewno warto poznać cały dorobek poetki, by prześledzić jej artystyczną drogę, a zarazem odbite w jej twórczości przemiany społeczno-obyczajowe i mentalno-psychologiczne. Nie podejmuję się tutaj przeprowadzić tak szeroko zakrojonej analizy, chcę jedynie zaproponować refleksjo-impresje towarzyszące lekturze dziewięciu jej wierszy, które zrobiły na mnie największe wrażenie.


1.

kobiecość jak nagłe zmartwienie
więc pojedynek odbywa się w łóżku
w klasycznej pozie wyśmianej przez czas

Pierwszym utworem, który przykuł mnie bez reszty w debiutanckim tomie poetki pt. "Cafe Chaos" jest wiersz o incipicie *** [w czerwonym cyklu Marsjasza coś boli]. Dotyka on rozmaitych klisz kulturowych podpowiadanych nam przez tradycję. Czytając, trzeba przebić się przez pokłady melancholii i ironii. A może nie trzeba – bo melancholia i ironia to jedyna pozostałość "dawności", jedyne – i przez to cenne – znaleziska archeologiczne z przeszłości. W ich arte-faktyczności uwidacznia się "efekt egzystencjalny" określony przez Kierkegaarda mianem "ironii życia – żyję do przodu, a myślę do tyłu".


2.

i nie wierzyć nie uwierzyć w nic
bo na przekór przez pomyłkę życie było
bez odwagi bez przeszłości aby skryć
sen zaczęty płód poczęty próżną miłość


Taki jest punkt dojścia kolejnego wiersza – bez przeszłości, na próżno, przez pomyłkę. A przecież (chronologicznie później) ostrzegała Aglaja Veteranyi: "Ważne jest – mówi – żeby mieć jakąś przeszłość."! Poczuciu zakorzenienia pe-elki nie sprzyja ani brak miejsca do skrycia płodu poczętego, ani próżność (rozumiana dwuznacznie jako jałowość, ale i egocentryczna miałkość) dostępnych rodzajów miłości. Jak jednak przywrócić czasy z czarno-białym pocałunków sensem? Recepta wypisana zostaje ponownie (auto)ironicznym atramentem:

może lepiej zamiast proszków na sen
uspokajać się wierszami z morałem
czytać w łóżku filozofów na zapas
zmieniać mężczyzn i drogi raz po raz

3.
(…)
włożono we mnie przypadkowy płód
który po jakimś czasie zaczął mówić
mamo
a wcześniej
uczyniono to samo z moją babką
starą kobietą która już nie żyje
zostawiła mi w dziedzictwie
mało miejsca na cmentarzu

Temat wykorzenienia i zarazem uwikłania kobiet powraca w cytowanym wyżej utworze. Pointa jest porażająca: miejsca wyrwane nam siłą z wnętrza naszego ciała rozrastają się na zewnątrz w martwą wrogą przestrzeń.
4.
(…)
Kiedy uciszę niepokój
stanę się twoją dłonią
która gładzi przejrzystą twarz
jasną jak prześcieradło rozłożone na trawie
będę prośbą
o lekki dotyk
o oddech
zatrzymany przed ustami
które pragną
i pragną

Przejrzystość to dziwny erotyk. Erotyk, w którym zakochana pe-elka widzi obiekt swoich westchnień w... lustrze. Tak: w lustrze, które zwielokrotnia i odwzajemnia jej załamane uczucia. Tajemnica lustra – mimo, a może z powodu jego przejrzystości – pozostaje nieodsłonięta.
5.

ogród zimą wzbierał hałasem
śniegu suchych liści szelestu skrzydeł
gołębi zamierających w powietrzu

Taką sensoryczną „nadwrażliwością” rozpoczyna się wiersz Ogród zimą. Jest w tym utworze wszystko: dziecięca „nadczułość”, obłok podwójnych oddechów wnętrze pytań nie znających odpowiedzi, wreszcie – ciemnienie ogrodu. I choć w końcówce (odwróciłam się – [ogród] przestał istnieć) pobrzmiewają echa solipsyzmu, to jak zazwyczaj u Filipczuk da się ją też czytać inaczej – jako wyraz „mocy kreacyjnej” człowieka.


6.

Jak mierna potrafi być wspomniana wyżej moc, jak niewiele zostawia miejsca na prawdziwe bycie, świadczy wiersz kolejny.

moje życie jest napisane
w czasie przeszłym

– a więc stracone z chwilą konstatacji jego istnienia. Pomoc nie nadejdzie ze strony czasu teraźniejszego, który

chwieje się
jak niepewny liść na drzewie.

Pozostaje nadzieja, ta „wiara wymierzona w przyszłość”, jednak

przyszłości nie słychać tylko
kołatanie serca pukanie do drzwi

a one się nie otworzą w żadnym z czasów

----------------------------------------------------------------------------------------------------------

Podsumowując powyższe trzy, blisko obok siebie ulokowane w tomie „Klucz”, wiersze półżartobliwą narracją psychologiczną: możemy obserwować, jak bohaterowie wychodzą z „fazy lustra”, idą na spacer do Ogrodu i porządkują swoje życie w trzy odrębne strefy, z których każda stanowi całość, lecz które, zebrane pospołu, „całości” bynajmniej nie dają.


7.

Tu w labiryncie krwi gdzie mieszkam wszechświata nie ma
Zniknął

Wiersz „Wszechświat” można odczytać jako przewrotną anty-genezis. (Zgodnie z podaniem biblijnym, (wszech)świat powstał ze słowa, które „było na początku, u Boga i było Bogiem”. Tu odwrotnie: niewypowiedziane słowa powodują anihilację wszechświata). Czym jest wszechświat? Należałoby może połączyć znaczeniowo grecką etymologię tego słowa (kosmos = ład) z jego uosobieniem i pochylić się nad wewnętrznym porządkiem człowieka, z chwilą niewypowiedzenia pewnych (w domyśle: ważnych) słów ulegającym nieodwołalnej destrukcji. Bliższe to życia niż wersja biblijna; od „pustki ukrytej w słowach” gorszy bywa tylko ich brak.


8.

schiele malował
rude włosy modelki
jej zielony chłód

W utworze pt. „Schiele” panuje zmysłowość, jakby „wydarta metonimii”. Bo czy poniższy fragment, mówiący w sposób „okrężny” zapewne o cenie obrazów, nie emanuje tajemniczą sensualnością?

rude gwiazdy są słone
i pokryte
łuszczącą się farbą


9.

Tytuł wiersza Wszystko na sprzedaż to znak czasów, w których wolimy mieć niż być. Za sprawą słówka na, każda rzecz i fenomen okazuje się być środkiem do celu, nie celem samym w sobie:

płótno na żagiel
pióra na skrzydła
miłość na znak
ciało na oddanie

Tak właśnie rzeczywistość – zasoby, przyroda, cielesność, duchowość – ulega wyczerpaniu i konieczne jest kolejne

tkanie płótna
darcie piór
rozkładanie nóg

W ten wypróbowany sposób udaje nam się, być może, powstrzymać rwanie włosów / rozkładanie rąk.


(Cytowane wiersze pochodzą z tomów: "Cafe Chaos", "Klucz", "Sieć".)


czwartek, 15 sierpnia 2013

POPKULTURA CZY POP I KULTURA? O ŁÓDZKIEJ POEZJI

 
Kultura wysoka i kultura popularna nie stanowią dziś – jak to bywało w dawniejszych czasach – odrębnych obszarów, lecz „bieguny jednego magnesu”, płynnie przechodzące w siebie nawzajem. Stąd, pomysł podania poezji trojga świetnych łódzkich twórców zwierciadła popkulturowych odniesień celem pokazania, jak wiele dziś w najbardziej wysublimowanej poezji wcielonego życia.


BARDZIEJ HARDKOROWE NIŻ „DEPRESJA GANGSTERA”

Wiersze profesor Joanny Ślósarskiej zebrane w wydanym w 1992 r. tomiku „Wielokątne koła” cechuje wielka erudycja połączona z niezwykle sensualną wrażliwością. W rezultacie poezja ta obfituje w synestezje, czyli "zlepki" rozmaitych wrażeń zmysłowych (w jej brzuchu lśni / złoty dźwięk) , czy oksymorony – zespolone przeciwieństwa (czarne płomienie), nieraz skutkujące "powszednimi cudami codzienności" (na (...) / sznurach czasu / kołyszemy się / zakochani / dobre zło / złe dobro / dobranoc) , nieraz – oryginalnymi neologizmami (na tle / czarnobiałej figury / nocodnia) , zawsze – przenikliwą oceną sytuacji (co najlepiej wybrzmiewa chyba w zakończeniu wiersza Żółty cesarz czeka znów na koncert:

ale jak mam upilnować
głuche rzeczy
podstępne sny
kapryśne pragnienia
które nie chcą czysto brzmieć
które fałszują ton
aby przetrwać)


Że to ostatnie nie jest łatwe w dzisiejszym zbrutalizowanym świecie, wiedzą dobrze bohaterowie wszelkich tekstów kultury – od wyalienowanych intelektualistów po herosów popkultury. Ślósarska w epoce raczkującego w Polsce kapitalizmu, w wierszu o incipicie * [skazałem wczoraj]  idzie o krok dalej – proponuje coś dużo bardziej, powiedzielibyśmy dzisiaj, hardkorowego i normatywnego zarazem niż "Depresja gangstera": ukazuje nam mianowicie pogrążonego w depresji... Boga. W innych utworach Stwórca okazuje się wielkim...
pająkiem, czy alter ego autorki. Takich rozwiązań nie powstydziłby się zaiste mistrz "psychedeliczności", David Cronenberg.

 
REWOLUCJA INFORMATYCZNA
 
Wraz z nastaniem rewolucji informatycznej rozbudował się układ odniesień literatury do popkultury: w skład tej ostatniej, obok dziedzin tak znajomych jak film czy piosenka, weszła cała sfera nowomedialnych, częściowo nie znanych wcześniej, częściowo remediowanych, społeczno-kulturalnych aktywności. Do obu tych podkategorii zaliczyć trzeba pisanie blogów – są blogi literackie stanowiące wierne przeniesienie „tradycyjnej” literatury w środowisko cyfrowe, są i takie, których tematyka, interaktywność, imperatyw „najwyższej możliwej aktualności” plasują je pośród oryginalnych wynalazków epoki sieciowej.


„JEŚLI ZECHCESZ MOŻESZ NAZYWAĆ MNIE CZATEM”
 
Gdzieś między tymi kategoriami mieści się blog Izabeli Kaczmarskiej www.zaimienni.blogspot.com  – z pozoru tradycyjna prezentacja świetnego dorobku poetyckiego autorki. Tym, co wyróżnia zaimiennych spośród podobnych przedsięwzięć jest treść zamieszczonych tam dzieł poetyckich, w dużej części autoteliczna, tj. odnosząca się do specyfiki, sieciowego w tym przypadku, medium. W szczególności interesuje Izabelę Kaczmarską charakter zadzierzgiwanych w świecie wirtualnym relacji międzyludzkich. Są one przesycone czekaniem, dystansem (enterów wylewa rzeka), nie chroniącym przed nadmiernością (migoczą obłędy nad kabli rozstajem) dobrowolnego (jeśli zechcesz możesz nazywać mnie czatem) (serce klika rytmicznie) zaangażowania. Nic więc dziwnego, że podmiot liryczny, odkrywając w Internecie nadmiar przestrzeni wirtualnej, niedobór intymnej (wirtual to wcale nie strona), ratuje się (auto)ironią:

wyrosło bez wody zakwitnie bez słońca
a owoc się wyda tym bardziej soczysty
im łatwiej uwierzyć przyjaciół zwietrzywszy
że gęściej śmiech perli gdy nuta w nim drwiąca
 
(„carte blanche”)


EPIZODYCZNOŚĆ JAKO TECHNIKA SURVIVALU

Wydany w 2008 r. tomik „Punctum” jednego z najciekawszych młodych łódzkich poetów Michała Murowanieckiego czytać można jako, bogato ilustrowany literackimi smakowitościami, blog z egzystencjalnej podróży. Zaczyna się ona w niepokoju sypialnym, później następują:  jazda pociągiem bez nadzoru przeplatana z siedzeniem na schyłku; rodzime bagdady, w których wybuchł ojciec, a po matkę przyjechały syreny; quasi-dziecięce „zabawy grozy” (studnia i wahadło) ; nieznośna i pociągająca zarazem monotonia (braku) przeżyć (klocki? jeden zestaw składany do bólu.) ; surrealistyczne pogawędki zapamiętane z pub.lic relations;  nie wyraźne (wręcz przedziwnie!) widoki oglądane we wstecznych lusterkach… I jeśli  udaje się ocalić z tej podróży coś, co daje nam spać spokojnie, to jest tym, pozwalająca jednocześnie głęboko przeżywać chwile i zachować do nich dystans,  epizodyczność jako technika survivalu. To dzięki niej, z każdego miejsca w czasoprzestrzeni wysłać możemy post – powidokówkę, np. taką, na której nasz słaby punkt wyjścia zobaczyć możemy pod postacią nostalgicznego detalu, ukruszonego pocałunkiem zęba.
 

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

"OPATRUNEK Z PIASKU" - TOMIK POEZJI DOROTY BACHMANN


Wydanemu w 2009 r. debiutanckiemu tomowi Doroty Bachmann  „Opatrunek z piasku” przyświeca duch buddyzmu zen. Myliłby się jednak ten, kto by sądził, że jej wiersze są zbyt hermetyczne dla czytelnika wychowanego w odmiennej kulturze. Przeciwnie: to dzięki „zenowskiemu” podejściu poezja ta zaskakuje niezwykle wnikliwym wglądem w, będącą udziałem ludzi Zachodu, rzeczywistość.

Kluczem do przeniknięcia tej rzeczywistości okazuje się tytuł pierwszego wiersza: Przytomność” (tak mógłby się z powodzeniem nazywać cały tom.) Wiersz ten nieprzypadkowo inicjuje zbiór, dotyczy bowiem pierwszego ludzkiego, przeżytego indywidualnie doświadczenia: narodzin. Tyle, że „od drugiej strony”: podmiotem lirycznym jest kobieta rodząca dziecko w nieprzyjaznym, konserwatywnym, prawdopodobnie szpitalnym otoczeniu. Treść utworu pozwala rozpoznać bohaterkę jako uwikłaną w płeć, w nakazujące jej m.in. nieskazitelny wygląd stereotypowe oczekiwania społeczne. I tylko od naszej czytelniczej przytomności zależy, czy zobaczymy w tak zmanipulowanej matce osobę w głębi swojej istoty martwą  (co może symbolizować motyw „najdłuższych w świecie paznokci” – wiadomo, że te ostatnie rosną także zmarłym.)

Podobnie totalna metaforyka pojawia się i w pozostałych trzydziestu kilku utworach poetki. Mówią one o sprawach tak różnych, jak istota Boga, śmierci, sztuki, miłości, zmiany sposobów spędzania czasu i postrzegania świata na skutek postępu technologicznego, czy nasz stosunek do zwierząt. Zaglądamy do „rodzinnego domu wariatów”, na plan filmu Larsa von Triera, do sypialni kobiety współczesnej, między karty powieści „Mistrz i Małgorzata”, w zakamarki umysłu połączonego z cierpiącym, schorowanym ciałem. Czytając, wierzymy, że „czarodziejska górka jest za siedmioma krokami”, i choć ostatni utwór („Padanie”) może symbolizować śmierć, to po tak głębokiej, bogatej w sensy i wzruszenia podróży przez życie – że zacytuję innego świetnego współczesnego poetę Mirosława Mrozka: „aż chce się umierać!”



Dorota Bachmann "Opatrunek z piasku" , Wydawnictwo Kwadratura 2009

 























Recenzja pierwotnie ukazała się na portalu Puls Miast.

piątek, 9 sierpnia 2013

FALE. IMPRESJE O POEZJI OSTATNICH LAT



1. REFLEKSY, RE-FLEKSJE.
„SPIĘCIE” MICHAŁA MUROWANIECKIEGO


Lektura przedostatniego tomu łódzkiego poety przypomina zanurzanie otwartej, pustej, plastikowej butelki dnem do góry w naturalnym akwenie języka: najpierw czujemy opór, później falowanie fraz, następnie wypełnia nas bez reszty przyjemnie orzeźwiająca ciecz o migotliwym zabarwieniu, by w końcu wyrzucić nas z powrotem na powierzchnię: do językowych uwarunkowań i struktur. Jak w wierszu „Upiór w Lupanarze”, któremu przydarza się Piana na brzegu łóżka / i fale, fale, dryf przez ciało. , lecz w którym jeden ze znaków interpunkcyjnych okazuje się symbolem, i to nie byle czego, bo jednego z największych tabu w naszej kulturze:

(…) Sezon grzewczy, wiatr za kratką

jak libretto La Traviaty. Gwiazdy to starty imbir. Kropla

rumu we wrzącej herbacie. Kaszel, oddech, kaszel, kropka.

Delektuję się przywołanym powyżej mistrzostwem liryzmu. Jest to rodzaj poezji, który na poziomie emocjonalnym do mnie bardzo trafia, uważam ponadto, że dobrze opisuje współczesność. Moja wątpliwość brzmi jednak, czy… nie za dobrze? Czy swoją sterylnie estetyczną poetyką nie „zakleszcza się” zanadto w naszej rzeczywistości, zamiast ją rozsadzić z siłą dynamitu? Śmierć jest tu probierzem. Żałuję, że nie pozbyła się w tych tekstach swojej umownej reprezentacji, nie okazała bardziej pełnokrwista i nieprzenikniona. Jak – abstrahując od epoki – tajemnicze samobójstwo Rhody z „Fal” Virginii Woolf, jak rzucenie się do rzeki ich autorki. U Murowanieckiego przeciwnie: śmierć zostaje „zamotana” w język (śmierć to powieść szkatułkowa w wierszu „Szkatułka”, Darmowe minuty do wykorzystania / / na dnie w „Epitafium dla Fuji”) i ta autoteliczność i zarazem wyporność języka pozostawia posmak wątpliwości, czy butelka pozostaje "do połowy pełna".


Michał Murowaniecki "Spięcie", Biblioteka Arterii 2010



 
















2. SZUMY, FLUKTUACJE:
„[YASS]” SZCZEPANA KOPYTA

Tytuł tomiku – połączenie yassu, współczesnego stylu muzycznego będącego zlepkiem różnych gatunków, i nawiasów, jakby wyjętych z tytułu słynnego albumu islandzkich mistrzów nastroju, Sigur Ros – zachęca, by spojrzeć na „[yass]” jako na dzieło powstałe przez nałożenie dwóch różnych „muzyk”. Najlepiej słyszalna jest ta „yassowa”: hybrydyczna, nonszalancko eksperymentująca, sprawiająca wrażenie improwizacji, w której raz chodzi o opowiedzenie żartu, kiedy indziej – o czystą radość „estetycznej kakofonii”. Dobrym przykładem wzmiankowanego humoru jest pełen lekkości utwór „popijając herbatę”, w którym poznajemy alternatywny sposób powstania kadzidełek z drzewa sandałowego:
zawsze mi się kojarzyło, że to
jacyś fakirzy oddają swoje sandały
dostąpiwszy oświecenia i stąd zapach
czy też – przyczyny nieufności podmiotu lirycznego wobec współczesnych „przepowiadaczy” przyszłości:
oraz że przestałem
wierzyć horoskopom jak większość baranów
Jednakże, zza wspomnianej humorystycznej warstwy raz po raz przeziera ta bardziej poważna, głęboka, refleksyjna, nasycona, niczym islandzkim smutkiem, szeroką gamą niewesołych obserwacji obyczajowych, kulturowych i poznawczych. Te ostatnie manifestują się choćby w wierszu * [najpierw lekcja anatomii], gdy podmiot zastanawia się:
zaczęło się od wosku, czy można cię dotknąć inaczej?
w co się zamienisz jutro, w sztuczny diament?
i drąży:
bo na początku było słowo, prawda?
naprawdę, chcę to wiedzieć, po co ostrzy się skalpel?
czy mi odpowie zderzacz hadronów w cern?
Odpowiedzi na postawione wyżej pytania o naturę świata, życia, materii nie przyniesie jednak fizyka. Bo choć konkluzja brzmi:
raczej
dotknąłem cię, doprawdy dziwne, mogło być odwrotnie
na początku był punkt, a potem próg Plancka
to przecież obecność tego progu – wartości określającej moment „po” Wielkim Wybuchu, kiedy „zaczął się” czas i przyczynowość – pozostawia domyślne miejsce na koncepcję nadprzyrodzonej mocy, która w spektakularny sposób „wypluła” z siebie znany nam dzisiaj, deterministyczny Wszechświat i, z sobie tylko wiadomych przyczyn, wycofała się w zupełne, być może, nieistnienie. Z jednej strony rysują się więc ciekawe niedookreślenia w materii tekstu, z drugiej – nie mniej intrygujące dopowiedzenia. Odrobinę niekiedy kontrowersyjne – jak wtedy, gdy podmiot liryczny „wiersza dla borata z kazachstanu” deklaruje:
czego chcemy?


dostępu do trupa boga – chcemy go powiesić
za jaja
nietrudno jednak dostrzec w powyższym fragmencie krytykę patriarchalizmu, wszystkich tych zbrodni popełnianych po dziś dzień w różnych zakątkach globu w imię takiego czy innego, męskiego boga. Kopyt jest w pełni świadomy tego niszczącego wymiaru męskości, jak i jego kulturowych uwarunkowań, gdy w „wierszyku z kiszonej kapusty” autoironicznie stwierdza:
byt, określa świadomość gładkolufowej broni.
Zarysowane powyżej próbkowo warstwy, ta lekka i humorystyczna oraz ta poważniejsza, mimo, a może z powodu dzielącej ich poetycznej i merytorycznej przepaści, dobrze się moim zdaniem komponują w niejednoznaczną całość, w której szum łagodzi „ostrość dźwięku fluktuacji”, a te go z kolei pogłębiają i uszlachetniają. Polecam gorąco (nie tylko) tym, których słuch wyczulony jest na niestandardową, pełną nieoczekiwanych kontrapunktów „muzykę współczesności”.


Szczepan Kopyt "yass", Biblioteka Laureatów OKP im. Jacka Bierezina 2005