Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michał Murowaniecki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michał Murowaniecki. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 21 kwietnia 2015
pozwólcie nam zasadzić ja-błonkę
– Reneto, suknia w kolorze
kwaśnych jabłek sprawi, że nie sięgniesz więcej
nasieniem do nieba. Adamie, pokaż krtań –
kolejna kreska, co znaczy
dorosłość: mdłe
owoce noża*?
(Szarlotto, piecze jak jad
węża przestrzeń pomiędzy biciem sercem
a tr(i)umfem).
* "owoce noża" – tytuł tomiku Michała Murowanieckiego
czwartek, 15 sierpnia 2013
POPKULTURA CZY POP I KULTURA? O ŁÓDZKIEJ POEZJI
Kultura wysoka i kultura popularna nie stanowią dziś – jak to bywało w dawniejszych czasach – odrębnych obszarów, lecz „bieguny jednego magnesu”, płynnie przechodzące w siebie nawzajem. Stąd, pomysł podania poezji trojga świetnych łódzkich twórców zwierciadła popkulturowych odniesień celem pokazania, jak wiele dziś w najbardziej wysublimowanej poezji wcielonego życia.
BARDZIEJ HARDKOROWE NIŻ „DEPRESJA GANGSTERA”
Wiersze profesor Joanny Ślósarskiej zebrane w wydanym w 1992 r. tomiku „Wielokątne koła” cechuje wielka erudycja połączona z niezwykle sensualną wrażliwością. W rezultacie poezja ta obfituje w synestezje, czyli "zlepki" rozmaitych wrażeń zmysłowych (w jej brzuchu lśni / złoty dźwięk) , czy oksymorony – zespolone przeciwieństwa (czarne płomienie), nieraz skutkujące "powszednimi cudami codzienności" (na (...) / sznurach czasu / kołyszemy się / zakochani / dobre zło / złe dobro / dobranoc) , nieraz – oryginalnymi neologizmami (na tle / czarnobiałej figury / nocodnia) , zawsze – przenikliwą oceną sytuacji (co najlepiej wybrzmiewa chyba w zakończeniu wiersza Żółty cesarz czeka znów na koncert:
ale jak mam upilnować
głuche rzeczy
podstępne sny
kapryśne pragnienia
które nie chcą czysto brzmieć
które fałszują ton
aby przetrwać)
Że to ostatnie nie jest łatwe w dzisiejszym zbrutalizowanym świecie, wiedzą dobrze bohaterowie wszelkich tekstów kultury – od wyalienowanych intelektualistów po herosów popkultury. Ślósarska w epoce raczkującego w Polsce kapitalizmu, w wierszu o incipicie * [skazałem wczoraj] idzie o krok dalej – proponuje coś dużo bardziej, powiedzielibyśmy dzisiaj, hardkorowego i normatywnego zarazem niż "Depresja gangstera": ukazuje nam mianowicie pogrążonego w depresji... Boga. W innych utworach Stwórca okazuje się wielkim... pająkiem, czy alter ego autorki. Takich rozwiązań nie powstydziłby się zaiste mistrz "psychedeliczności", David Cronenberg.
REWOLUCJA INFORMATYCZNA
Wraz z nastaniem rewolucji informatycznej rozbudował się układ odniesień literatury do popkultury: w skład tej ostatniej, obok dziedzin tak znajomych jak film czy piosenka, weszła cała sfera nowomedialnych, częściowo nie znanych wcześniej, częściowo remediowanych, społeczno-kulturalnych aktywności. Do obu tych podkategorii zaliczyć trzeba pisanie blogów – są blogi literackie stanowiące wierne przeniesienie „tradycyjnej” literatury w środowisko cyfrowe, są i takie, których tematyka, interaktywność, imperatyw „najwyższej możliwej aktualności” plasują je pośród oryginalnych wynalazków epoki sieciowej.
„JEŚLI ZECHCESZ MOŻESZ NAZYWAĆ MNIE CZATEM”
Gdzieś między tymi kategoriami mieści się blog Izabeli Kaczmarskiej www.zaimienni.blogspot.com – z pozoru tradycyjna prezentacja świetnego dorobku poetyckiego autorki. Tym, co wyróżnia zaimiennych spośród podobnych przedsięwzięć jest treść zamieszczonych tam dzieł poetyckich, w dużej części autoteliczna, tj. odnosząca się do specyfiki, sieciowego w tym przypadku, medium. W szczególności interesuje Izabelę Kaczmarską charakter zadzierzgiwanych w świecie wirtualnym relacji międzyludzkich. Są one przesycone czekaniem, dystansem (enterów wylewa rzeka), nie chroniącym przed nadmiernością (migoczą obłędy nad kabli rozstajem) dobrowolnego (jeśli zechcesz możesz nazywać mnie czatem) (serce klika rytmicznie) zaangażowania. Nic więc dziwnego, że podmiot liryczny, odkrywając w Internecie nadmiar przestrzeni wirtualnej, niedobór intymnej (wirtual to wcale nie strona), ratuje się (auto)ironią:
wyrosło bez wody zakwitnie bez słońca
a owoc się wyda tym bardziej soczysty
im łatwiej uwierzyć przyjaciół zwietrzywszy
że gęściej śmiech perli gdy nuta w nim drwiąca
(„carte blanche”)
EPIZODYCZNOŚĆ JAKO TECHNIKA SURVIVALU
Wydany w 2008 r. tomik „Punctum” jednego z najciekawszych młodych łódzkich poetów Michała Murowanieckiego czytać można jako, bogato ilustrowany literackimi smakowitościami, blog z egzystencjalnej podróży. Zaczyna się ona w niepokoju sypialnym, później następują: jazda pociągiem bez nadzoru przeplatana z siedzeniem na schyłku; rodzime bagdady, w których wybuchł ojciec, a po matkę przyjechały syreny; quasi-dziecięce „zabawy grozy” (studnia i wahadło) ; nieznośna i pociągająca zarazem monotonia (braku) przeżyć (klocki? jeden zestaw składany do bólu.) ; surrealistyczne pogawędki zapamiętane z pub.lic relations; nie wyraźne (wręcz przedziwnie!) widoki oglądane we wstecznych lusterkach… I jeśli udaje się ocalić z tej podróży coś, co daje nam spać spokojnie, to jest tym, pozwalająca jednocześnie głęboko przeżywać chwile i zachować do nich dystans, epizodyczność jako technika survivalu. To dzięki niej, z każdego miejsca w czasoprzestrzeni wysłać możemy post – powidokówkę, np. taką, na której nasz słaby punkt wyjścia zobaczyć możemy pod postacią nostalgicznego detalu, ukruszonego pocałunkiem zęba.
piątek, 9 sierpnia 2013
FALE. IMPRESJE O POEZJI OSTATNICH LAT
1.
REFLEKSY, RE-FLEKSJE.
„SPIĘCIE” MICHAŁA MUROWANIECKIEGO
Lektura
przedostatniego tomu łódzkiego poety przypomina zanurzanie
otwartej, pustej, plastikowej butelki dnem do góry w naturalnym
akwenie języka: najpierw czujemy opór, później falowanie fraz,
następnie wypełnia nas bez reszty przyjemnie orzeźwiająca ciecz o
migotliwym zabarwieniu, by w końcu wyrzucić nas z powrotem na
powierzchnię: do językowych uwarunkowań i struktur. Jak w wierszu
„Upiór w Lupanarze”, któremu przydarza się Piana
na brzegu łóżka / i fale, fale, dryf przez ciało. , lecz
w którym jeden ze znaków interpunkcyjnych okazuje się symbolem, i
to nie byle czego, bo jednego z największych tabu w naszej kulturze:
(…) Sezon
grzewczy, wiatr za kratką
jak libretto
La Traviaty. Gwiazdy to starty imbir. Kropla
rumu we wrzącej
herbacie. Kaszel, oddech, kaszel, kropka.
Delektuję się
przywołanym powyżej mistrzostwem liryzmu. Jest to rodzaj poezji,
który na poziomie emocjonalnym do mnie bardzo trafia, uważam
ponadto, że dobrze opisuje współczesność. Moja wątpliwość
brzmi jednak, czy… nie za dobrze? Czy swoją sterylnie estetyczną
poetyką nie „zakleszcza się” zanadto w naszej rzeczywistości,
zamiast ją rozsadzić z siłą dynamitu? Śmierć jest tu
probierzem. Żałuję, że nie pozbyła się w tych tekstach swojej
umownej reprezentacji, nie okazała bardziej pełnokrwista i
nieprzenikniona. Jak – abstrahując od epoki – tajemnicze
samobójstwo Rhody z „Fal” Virginii Woolf, jak rzucenie się do
rzeki ich autorki. U Murowanieckiego przeciwnie: śmierć zostaje
„zamotana” w język (śmierć to powieść
szkatułkowa w wierszu „Szkatułka”,
Darmowe minuty do wykorzystania / / na dnie
w „Epitafium dla Fuji”) i ta autoteliczność i zarazem wyporność języka pozostawia posmak wątpliwości, czy
butelka pozostaje "do połowy pełna".
2. SZUMY, FLUKTUACJE:
„[YASS]” SZCZEPANA KOPYTA
Tytuł tomiku – połączenie
yassu, współczesnego stylu muzycznego będącego zlepkiem różnych gatunków, i nawiasów, jakby wyjętych z
tytułu słynnego albumu islandzkich mistrzów nastroju, Sigur Ros –
zachęca, by spojrzeć na „[yass]” jako na dzieło powstałe
przez nałożenie dwóch różnych „muzyk”. Najlepiej słyszalna
jest ta „yassowa”: hybrydyczna, nonszalancko eksperymentująca,
sprawiająca wrażenie improwizacji, w której raz chodzi o
opowiedzenie żartu, kiedy indziej – o czystą radość
„estetycznej kakofonii”. Dobrym przykładem wzmiankowanego humoru
jest pełen lekkości utwór „popijając herbatę”, w którym
poznajemy alternatywny sposób powstania kadzidełek z drzewa sandałowego:
zawsze mi się kojarzyło, że to
jacyś fakirzy oddają swoje
sandały
dostąpiwszy oświecenia i stąd
zapach
czy też – przyczyny nieufności
podmiotu lirycznego wobec współczesnych „przepowiadaczy”
przyszłości:
oraz że przestałem
wierzyć horoskopom jak większość
baranów
Jednakże, zza wspomnianej
humorystycznej warstwy raz po raz przeziera ta bardziej poważna,
głęboka, refleksyjna, nasycona, niczym islandzkim smutkiem, szeroką
gamą niewesołych obserwacji obyczajowych, kulturowych i poznawczych. Te ostatnie manifestują się choćby w wierszu *
[najpierw lekcja anatomii], gdy podmiot zastanawia się:
zaczęło się od wosku, czy
można cię dotknąć inaczej?
w co się zamienisz jutro, w
sztuczny diament?
i drąży:
bo na początku było słowo,
prawda?
naprawdę, chcę to wiedzieć, po
co ostrzy się skalpel?
czy mi odpowie zderzacz hadronów
w cern?
Odpowiedzi na postawione wyżej
pytania o naturę świata, życia, materii nie przyniesie jednak
fizyka. Bo choć konkluzja brzmi:
raczej
dotknąłem cię, doprawdy
dziwne, mogło być odwrotnie
na początku był punkt, a potem
próg Plancka
to przecież obecność tego progu –
wartości określającej moment „po” Wielkim Wybuchu, kiedy
„zaczął się” czas i przyczynowość – pozostawia domyślne
miejsce na koncepcję nadprzyrodzonej mocy, która w spektakularny
sposób „wypluła” z siebie znany nam dzisiaj, deterministyczny
Wszechświat i, z sobie tylko wiadomych przyczyn, wycofała się w
zupełne, być może, nieistnienie. Z jednej strony rysują się więc
ciekawe niedookreślenia w materii tekstu, z drugiej – nie mniej
intrygujące dopowiedzenia. Odrobinę niekiedy kontrowersyjne – jak
wtedy, gdy podmiot liryczny „wiersza dla borata z kazachstanu”
deklaruje:
czego chcemy?
dostępu do trupa boga – chcemy
go powiesić
za jaja
nietrudno jednak dostrzec w
powyższym fragmencie krytykę patriarchalizmu, wszystkich tych
zbrodni popełnianych po dziś dzień w różnych zakątkach globu w
imię takiego czy innego, męskiego boga. Kopyt jest w pełni
świadomy tego niszczącego wymiaru męskości, jak i jego
kulturowych uwarunkowań, gdy w „wierszyku z kiszonej kapusty”
autoironicznie stwierdza:
byt, określa świadomość
gładkolufowej broni.
Zarysowane powyżej próbkowo
warstwy, ta lekka i humorystyczna oraz ta poważniejsza, mimo, a może
z powodu dzielącej ich poetycznej i merytorycznej przepaści, dobrze
się moim zdaniem komponują w niejednoznaczną całość, w której
szum łagodzi „ostrość dźwięku fluktuacji”, a te go z kolei
pogłębiają i uszlachetniają. Polecam gorąco (nie tylko) tym,
których słuch wyczulony jest na niestandardową, pełną
nieoczekiwanych kontrapunktów „muzykę współczesności”.
Szczepan Kopyt "yass", Biblioteka Laureatów OKP im. Jacka Bierezina 2005
Subskrybuj:
Posty (Atom)
